Pierwsza Wyprawa Śladami Benedykta Polaka
moja podróż
pierwsza wyprawa 2004 od początku przygotowania na szlaku średniowieczne relacje Benedykt Polak efekty naukowe czasy Benedykta spotkania światów geografia galeria uczestnicy, spotkania wydarzenia, media sponsorzy i patroni druga wyprawa 2007 linki nota prawnakontakt
Robert Szyjanowski
tel: +48 91 423 47 29
fmszyjanowscy@poczta.onet.pl

Uczestnicy Wyprawy Śladami Benedykta Polaka
Robert Szyjanowski ze Szczecina.
Pomysłodawca i organizator I Wyprawy śladami Benedykta Polaka. Doświadczony Podróżnik, lubiący także długie piesze wędrówki po górach i nizinach, nurkuje, jeździ konno. Muzyk, badacz historii i fotograf amator. Jest Mongolholikiem.
Zbigniew Panek z Warszawy.
Zawodowy fotografik, motocyklista (rajdy ENDURO). Jego głównym zadaniem było przygotowanie materiału fotograficznego z wyprawy.
Zdzisław Antoniewicz z Warszawy (ale pochodzi ze Szczecina).
Doświadczony podróżnik, świetnie zna Azję. Jego Landrover Defender jest jednym z 3 samochodów wyprawy.
Paweł Kuśmierski ze Szczecina.
Dla wyprawy kierowca, mechanik, nawigator i ratownik medyczny. Dla siebie: taternik, i podróżnik. Z zamiłowania fotograf i jeździec. Od 12 lat bierze udział w wielu wyprawach i rajdach na terenie Polski i poza nią.
Jarosław Chwiałkowski z Warszawy.
Od wielu lat podróżuje swoim Mercedesem-G i jachtem. W wyprawie spełnia wiele ważnych ról, jak każdy w tak niewielkim składzie. Jest doświadczonym myśliwym i absolutnym autorytetem w technicznym przygotowaniu samochodów, zna wiele ciekawych patentów.
Dorota Szyjanowska, moja żona - zawsze podróżujemy razem. Dorota nie mogła wyrwać się na trzy miesiące. Doleciała do Ułan Bator i
przez 4 tygodnie podróżowała z nami po Mongolii.
Jan Rogala - doktor na Wydziale Orientalistyki Uniwersytetu Warszawskiego, mongolista, Wiceprezes Towarzystwa Polska - Mongolia.
Janek czekał na nas w Ułan Bator, gdzie mieszkają jego teściowie.
Spotkania
Mende - pod nieczynną restauracją Varsovia w Ułan Bator. Pojawił się późno w nocy pod płotem ger-hotelu "U Gany". Krzyczał z całkowicie zaciemnionej uliczki - koledzy, wy z Polski? Nie było nikogo widać, więc odkrzyknęliśmy w ciemność - a ty, kto? - Ja Mirek, Mongoł, chciałbym się z wami napić wódki. Nie mógł dostać się do środka, bo o tej porze nie wpuszczają nikogo z ulicy. Zszedłem do niego, z dwoma piwami a on zaproponował, że pokaże mi nocne życie Ułan Bator. Chwilę się zastanawiałem, bo wiedziałem jak niebezpieczne jest to miasto w nocy, ale Mende przekonał mnie, że nie będzie kłopotów. Mirek przed rokiem wrócił z Polski, studiował w Katowicach, kochał się w jakiejś Marzenie. Do rana obeszliśmy całe UB. Z dwóch miejsc musieliśmy uciekać, odwiedziliśmy kilka posterunków policji, bo Mende chciał żebym poznał jego kolegę, byliśmy też w przeróżnych przybytkach mniejszej i większej rozpusty "Czerwonego bohatera". Widziałem jak mongolscy Policjanci traktują zatrzymanego (komentarz Mende - "nie jest wykluczone, że go zabiją"), nasłuchałem się o tutejszych więzieniach, biedzie i psach, poznałem wielu pijaczków. Wróciłem po 7 rano.
Nikołaj i Walentyna - Jaszałta, Kałmucja, Rosja. Nikołaj ma ksywę "Tapor" - nie przypadkowo. Jest kierowcą Kamaza, na który dźwigiem
załadowaliśmy to, co zostało ze Zdzichowego Landrovera. Poradził, żeby w żadnym razie nie zostawiać wraku na milicyjnym placu - zawieziemy
samochód na moje podwórko, a wy zamieszkacie u mnie. Chyba niczego nie potrzebowaliśmy wtedy bardziej niż rodzinnej, serdecznej atmosfery,
jaką otoczyli nas Kola i jego żona Wala. "Tapor" - po naszemu "Siekiera" pomagał też w załatwieniu niełatwych spraw papierkowych, a robił to
w stylu odpowiednim do swojego przezwiska. W życiu nie słyszałem takich wiązanek po rosyjsku. Kolka bezkompromisowo rugał kapitanów, lejtnantów
i innych, którzy ociągali się z przystawieniem stempla lub podpisem. Wieczorami piliśmy wódkę, jedliśmy smażone karasie i rozmawiając na chwilę
zapominaliśmy o kłopotach.
Żagar - okolice Pospielichy, Rosja. Kiedy już oddaliliśmy się od brzegu jeziora Bałchasz i znów wjechaliśmy do Rosji z wysokiej trawy obrastającej drogę po obu stronach, wyskoczył nieduży facet i dość dramatycznie gestykulując dawał znać żebyśmy się zatrzymali. Najpierw zapytał o wodę. Podaliśmy mu dużą butelkę, a on łapczywie wypił prawie wszystko, ciężko łapiąc powietrze między pociągnięciami. W końcu wyksztusił, że wczoraj skończyło się paliwo. Zabraliśmy go. Jego Ułaz stał kilka kilometrów dalej, wzięliśmy go na hol i według jego wskazówek dociągnęliśmy do nieodległej miejscowości Pospielicha. Miał na imię Żagar, kładł ręce na piersiach i kłaniając się dziękował za pomoc - dziękuję, Pospielicha, tu niedaleko urodził się Michaił Timofiejewicz Kałasznikow, on tu był w zeszłym roku, tu jeszcze stoi dom, w którym się urodził". Ponad trzy miesiące później opowiadałem kolegom , na basenie, o Żagarze i jak przypadkiem trafiliśmy do miejsca urodzenia jednego z najbardziej znanych w świecie Rosjan, kiedy usłyszałem, że Kałasznikow właśnie przyleciał do Londynu, aby rozpocząć kampanię promocyjną nowej wódki nazwanej od jego nazwiska i karabinu. Kałasznikow jest znany wszędzie bez wyjątku, można by cynicznie stwierdzić, że to najlepsza rosyjska - światowa marka. No cóż najnowszego Kałasznikowa z przyjemnością sobie strzelę.
Ich Bat, syn Dżamsure - student na wakacjach w domu. Następnego dnia mieliśmy wyruszyć w dalszą drogę i Dżamsure kazał Ich Batowi
zabić dla nas owcę, żebyśmy mieli mięso na drogę. Ich Bat zabrał się do rzeczy klasycznie - po mongolsku. Naciął lekko skórę na
piersi owcy, wsunął rękę we wnętrze zwierzęcia, wymacał i zacisnął aortę w okolicy serca, baranek zasnął. Ani kropli krwi, żadnej
szamotaniny, zwierzęcej paniki.
Iszanbek - Kazachstan, brzeg jeziora Bałchasz. Piaszczysta plaża Bałchaszu, a na niej 3 jurty. Iszanbek pilnował tu własności swojego brata i najwyraźniej nie
lubił Chińczyków bo natrętnie używał przerywnika - "Kitajcy bliadź". Czasem dopowiadał - Daj Chińczykowi gwóźdź, a zrobi z niego co chcesz,
nawet rakietę. W jednej z jurt miał skórę z niedźwiedzia i samowar. Poczęstował nas herbatą i czymś do jedzenia. Rozmawialiśmy o kobietach
z wstawkami o skur... Chińczykach. Kiedy wyczuł, że zaraz zaczniemy się zbierać w dalszą drogę zaczął prosić żebyśmy jeszcze zostali,
że możemy wypłynąć na ryby, albo pójść na polowanie, że za parę dni przyjedzie brat - ... no zostańcie chociaż na tydzień.
Lama - Mongolia środkowa. Musieliśmy dostać się do drogi na północ, ale nie byliśmy pewni czy damy radę przejechać przez przecinającą szlak rzekę. Przypadkiem w guanzie spotkaliśmy tego lamę (mówił po rosyjsku). Narysował mapę. Według niej mieliśmy po czterech godzinach jazdy na północ zobaczyć górę z czterema szczytami i kierując się na nią dojechać do brodu na rzecze. Była góra, dokładnie taka jak ją odmalował lama w moim dzienniku i po 5 godzinach stanęliśmy nad rzeką . Taka mapa wygląda dziś niepoważnie, tak jak mapy średniowieczne, ale razem z opowieścią prowadzi tak samo dobrze jak GPS.
Schodziliśmy z wulkanu Chorgo. Pod szczytem stał jakiś facet trzymający dużą czarną torbę z uszami.
Kiedy przechodziłem obok niego uśmiechał się jakby mnie znał. Zapytał po angielsku - Ile masz lat? Odpowiedziałem bez wahania - czterdzieści jeden,
a on położył mi rękę na ramieniu i powiedział - wiedziałem, że jesteśmy rówieśnikami. Tak poznałem Jeana, Francuza, który mając 17 lat wyjechał
z domu i od 24 lat był w podróży. Zaprzyjaźniliśmy się. Zabraliśmy go i jego przyjaciółkę Monę, Koreankę mieszkającą w Barcelonie i podróżowaliśmy
razem przez 2 tygodnie. Przeżyliśmy wspólnie masę fajnych przygód na północy Mongolii.
Dżamsure pędził cagan archi w osobnej jurcie. Mongolska wódka, destylat ze zsiadłego mleka, otrzymywany najprostszą metodą, ma tylko 13 do15 %. Dżamsure napędził tyle archi, że spędziliśmy u niego 2 dni. Drugiego dnia, w sposób zupełnie dla mnie tajemniczy pojawili się sąsiedzi mieszkający ok. 60 km dalej. Nie mam pojęcia skąd wiedzieli, że Dżamsure ma gości. Każdy z nich, a było ich 6, przywiózł 30 litrowy kanister swojej wódki z mleka. Najlepiej o tym opowiedziałaby moja wątroba, albo żebra, które połamał mi jeden z tych facetów, ponad siedemdziesięcioletni staruszek, były reprezentant Mongolii, bokser. W trakcie spożycia wszyscy mierzyliśmy się w zapasach, ot taka forma rozrywki. Zdążyłem już poczuć sympatię do mówiącego po rosyjsku, wysuszonego na wiór dziadziunia, i bałem się, że zrobię mu krzywdę, kiedy zaproponował, żebyśmy wyszli przed jurtę. Naprawdę, nie ma czego komentować, to była, krótka walka. Cierpiałem potem przez dwa tygodnie.