Pierwsza Wyprawa Śladami Benedykta Polaka

I Wyprawa Śladami Benedykta Polaka

Uczestnicy Wyprawy Śladami Benedykta Polaka

Robert Szyjanowski ze Szczecina.
Pomysłodawca i organizator I Wyprawy śladami Benedykta Polaka. Doświadczony Podróżnik, lubiący także długie piesze wędrówki po górach i nizinach, nurkuje, jeździ konno. Muzyk, badacz historii i fotograf amator. Jest Mongolholikiem.

Zbigniew Panek z Warszawy.
Zawodowy fotografik, motocyklista (rajdy ENDURO). Jego głównym zadaniem było przygotowanie materiału fotograficznego z wyprawy.

Zdzisław Antoniewicz z Warszawy (ale pochodzi ze Szczecina).
Doświadczony podróżnik, świetnie zna Azję. Jego Landrover Defender jest jednym z 3 samochodów wyprawy.

Paweł Kuśmierski ze Szczecina.
Dla wyprawy kierowca, mechanik, nawigator i ratownik medyczny. Dla siebie: taternik, i podróżnik. Z zamiłowania fotograf i jeździec. Od 12 lat bierze udział w wielu wyprawach i rajdach na terenie Polski i poza nią.

Jarosław Chwiałkowski z Warszawy.
Od wielu lat podróżuje swoim Mercedesem-G i jachtem. W wyprawie spełnia wiele ważnych ról, jak każdy w tak niewielkim składzie. Jest doświadczonym myśliwym i absolutnym autorytetem w technicznym przygotowaniu samochodów, zna wiele ciekawych patentów.

Dorota Szyjanowska, moja żona - zawsze podróżujemy razem. Dorota nie mogła wyrwać się na trzy miesiące. Doleciała do Ułan Bator i przez 4 tygodnie podróżowała z nami po Mongolii.

Jan Rogala - doktor na Wydziale Orientalistyki Uniwersytetu Warszawskiego, mongolista, Wiceprezes Towarzystwa Polska - Mongolia. Janek czekał na nas w Ułan Bator, gdzie mieszkają jego teściowie.





Spotkania

Cecke - Mongolia środkowa, góry Changaj. W czasie moich podróży po Mongolii bywałem w setkach jurt. Zdarzało się, że Mongołowie gościli nas przez 2 dni. W czasie podróży z 2001 roku wieczorami szukając miejsca na nocleg wypatrywaliśmy jurt. Na północnym zachodzie (nad jeziorem Uws) pewien staruszek jak większość mongolskich mężczyzn (nie wiedzieć dlaczego) bardzo chciał się ze mną zmierzyć w zapasach. Bałem się, że mogę zrobić krzywdę ponad 70 letniemu suchemu jak wiór dziadkowi, a on połamał mi żebra.

Mongolia środkowa - przy owoo prawie zawsze kogoś się spotyka. Podróżujący Mongołowie często odpoczywają przy buddyjskich kopcach. Ten chłopak częstował nas ajrakiem (kumysem).

Mende - Ułan Bator (pod nieczynną restauracją Varsovia) - pojawił się późno w nocy pod płotem ger-hotelu "U Gany". Krzyczał z całkowicie zaciemnionej uliczki - przyjaciele, koledzy, wy z Polski? Nie widzieliśmy nikogo więc rzuciliśmy w ciemność - tak, a ty kto? - Ja Mirek, Mongoł, chciałbym się z wami napić wódki. Nie mógł dostać się do środka bo o tej porze nie wpuszczają nikogo z ulicy. Zszedłem do niego, z dwoma butelkami piwa a on zaproponował, że pokaże mi nocne życie Ułan Bator. Chwilę się zastanawiałem, bo wiedziałem jak niebezpieczne jest to miasto w nocy, ale Mende przekonał mnie, że nie będzie kłopotów. Mirek przed rokiem wrócił z Polski, studiował w Katowicach. Do rana obeszliśmy całe UB. Z dwóch miejsc musieliśmy uciekać, odwiedziliśmy kilka posterunków policji (bo Mende chciał żebym poznał jego kolegę), byliśmy też w przeróżnych przybytkach mniejszej i większej rozpusty. Widziałem jak mongolscy Policjanci traktują zatrzymanego (komentarz Mende - "nie jest wykluczone, że go zabiją"), nasłuchałem się o tutejszych więzieniach, biedzie i psach. Wróciłem po 7 rano.

Nikołaj i Walentyna - Jaszałta, Kałmucja, Rosja. Nikołaj ma ksywę "Tapor" - nie przypadkowo. Jest kierowcą Kamaza, na który dźwigiem załadowaliśmy to, co zostało ze Zdzichowego Landrovera. Poradził, żeby w żadnym razie nie zostawiać wraku na milicyjnym placu - zawieziemy samochód na moje podwórko, a wy zamieszkacie u mnie. Chyba niczego nie potrzebowaliśmy wtedy bardziej niż rodzinnej, serdecznej atmosfery, jaką otoczyli nas Kola i jego żona Wala. "Tapor" - po naszemu "Siekiera" pomagał też w załatwieniu niełatwych spraw papierkowych, a robił to w stylu odpowiednim do swojego przezwiska. W życiu nie słyszałem takich wiązanek po rosyjsku. Kolka bezkompromisowo rugał kapitanów, lejtnantów i innych, którzy ociągali się z przystawieniem stempla lub podpisem. Wieczorami piliśmy wódkę, jedliśmy smażone karasie i rozmawiając na chwilę zapominaliśmy o kłopotach.

Żagar - Brzegi jeziora Bałchasz, Kazachstan. Kiedy zaczynaliśmy oddalać się od brzegu jeziora Bałchasz, z wysokiej trawy wyskoczył nieduży facet i dość dramatycznie gestykulując prosił żebyśmy się zatrzymali. Najpierw zapytał o wodę. Podaliśmy mu dużą butelkę, a on łapczywie wypił prawie wszystko, ciężko łapiąc powietrze między pociągnięciami. W końcu wyksztusił, że wczoraj skończyło się paliwo. Zabraliśmy go. Jego Ułaz stał kilka kilometrów dalej, wzięliśmy go na hol i według jego wskazówek dociągnęliśmy do oddalonej o kilkadziesiąt km osady leżącej niedaleko od brzegu Bałchaszu. Zapytaliśmy co to za miejsce. Żagar kładł ręce na piersiach i kłaniając się dziękował za pomoc - "stanica Mataj - tu urodził się Michaił Timofiejewicz Kałasznikow, on tu był w zeszłym roku, tu jeszcze stoi dom, w którym się urodził". Tydzień po powrocie do domu wspominałem jak przypadkiem trafiliśmy do miejsca urodzenia jednego z najbardziej znanych w świecie Rosjan, kiedy usłyszałem, że Kałasznikow właśnie przyleciał do Londynu aby rozpocząć kampanię promocyjną nowej wódki nazwanej od jego nazwiska i karabinu. Kałasznikow jest znany wszędzie bez wyjątku, można by cynicznie stwierdzić, że to świetna światowa marka. No cóż całego świata nie przerobię, a najnowszego Kałasznikowa z przyjemnością wypróbuję.

Ich Bat, syn Dżamsure - student na wakacjach w domu. Następnego dnia mieliśmy wyruszyć w dalszą drogę i Dżamsure kazał Ich Batowi zabić dla nas owcę, żebyśmy mieli mięso na drogę. Ich Bat zabrał się do rzeczy klasycznie - po mongolsku. Naciął lekko skórę na piersi owcy, wsunął rękę we wnętrze zwierzęcia, wymacał i zacisnął aortę w okolicy serca, baranek zasnął. Ani kropli krwi, żadnej szamotaniny, zwierzęcej paniki.

Iszanbek - Kazachstan, brzeg jeziora Bałchasz. Piaszczysta plaża Bałchaszu, a na niej 3 jurty. Iszanbek pilnował tu własności swojego brata i najwyraźniej nie lubił Chińczyków bo natrętnie używał przerywnika - "Kitajcy bliadź". Czasem dopowiadał - Daj Chińczykowi gwóźdź, a zrobi z niego co chcesz, nawet rakietę. W jednej z jurt miał skórę z niedźwiedzia i samowar. Poczęstował nas herbatą i czymś do jedzenia. Rozmawialiśmy o kobietach z wstawkami o skur... Chińczykach. Kiedy wyczuł, że zaraz zaczniemy się zbierać w dalszą drogę zaczął prosić żebyśmy jeszcze zostali, że możemy wypłynąć na ryby, albo pójść na polowanie, że za parę dni przyjedzie brat - ... no zostańcie chociaż na tydzień.

Lama - Mongolia środkowa. Musieliśmy dostać się do drogi na północ, ale mieliśmy do niej kawał drogi i nie byliśmy pewni czy damy radę przecinającą szlak rzekę. Przypadkiem w guanzie spotkaliśmy tego lamę (mówił po rosyjsku). Narysował mapę. Według niej mieliśmy dwie godziny po przejechaniu brodu we wskazanym przez niego miejscu dojechać do góry z czterema szczytami. Był bród i góra dokładnie taka jak ją odmalował lama w moim dzienniku. Taka mapa wygląda dziś niepoważnie, tak jak mapy średniowieczne, ale razem z opowieścią prowadzi tak samo dobrze jak GPS. Tutaj na zdjęciu z Robertem Szyjanowskim.

Schodziliśmy z wulkanu Chorgo. Pod szczytem stał jakiś facet trzymający dużą czarną torbę z uszami. Kiedy przechodziłem obok niego uśmiechał się jakby mnie znał. Zapytał po angielsku – Ile masz lat? Odpowiedziałem bez wahania – czterdzieści jeden, a on położył mi rękę na ramieniu i powiedział – wiedziałem, że jesteśmy rówieśnikami. Tak poznałem Jeana, Francuza, który mając 17 lat wyjechał z domu i od 24 lat był w podróży. Zaprzyjaźniliśmy się. Zabraliśmy go i jego przyjaciółkę Monę, Koreankę mieszkającą w Barcelonie i podróżowaliśmy razem przez 2 tygodnie. Przeżyliśmy wspólnie masę fajnych przygód na północy Mongolii.

Dżamsure pędził cagan archi w osobnej jurcie. Mongolska wódka - pędzona wyłącznie ze zsiadłego mleka, najprostszą metodą – ma tylko 13 – 15 %. On napędził trochę archi, a my spędziliśmy u niego 2 dni. Drugiego dnia, w sposób zupełnie dla mnie tajemniczy pojawili się sąsiedzi mieszkający ok. 60 km dalej. Nie mam pojęcia skąd wiedzieli, że Dżamsure ma gości. Każdy z nich, a było ich 6, przywiózł 30 litrowy kanister swojej wódki z mleka. Najlepiej o tym opowiedziałaby moja wątroba, albo żebra, które połamał mi jeden z tych facetów, bo po spożyciu wszyscy chcieli zmierzyć się ze mną w zapasach.



Statystyki www